„Tele Tydzień” [Lipiec 2014]

Wygraną wydam… rozsądnie

Zdobyła Kryształową Kulę, budząc podziw talentem tanecznym i sercem do walki. Wie, że na ten sukces złożyła się też sympatia, jaką fani „Pierwszej miłości” darzą ją i jej bohaterkę.

Udział w „Tańcu z gwiazdami” pokazał nam Pani nowe oblicze, kobiety wysportowanej, przebojowej… Zastanawiała się Pani, czy brać udział w programie?

Zgodziłam się od razu, ponieważ taniec zawsze był obecny w moim życiu, ale był to taniec nowoczesny. Myślałam, że skoro dość dobrze radzę sobie na parkiecie, to nie będę miała problemów z tańcem towarzyskim. Myliłam się! Musiałam tańczyć w butach na obcasie, z czym miałam spory problem.

A zmęczenie fizyczne podczas treningów? Zadyszki, kolki…

Było z tym niespodziewanie dobrze! Jedynym „kilerem” dla mnie był jive w półfinale. Taniec trwał dwie minuty, ale był to ogromny wisi lek fizyczne, kondycyjny i psychiczny. Musiałam się naprawdę napracować, aby tańczyć do końca.

Od kiedy zaczęło do Pani docierać, że możecie ze Stefano Terrazzino wygrać?

Od początku starałam się traktować udział w programie jako zabawę i przygodę, więc nie byłam zestresowana. Zdawałam sobie sprawę, iż nie byliśmy faworytami jurorów. Inne pary dostawały lepsze noty.

A wy cichaczem przechodziliście dalej…

Tym bardziej nasza radość była wielka. Głosowali na nas widzowie, wspierali nas. Jednak w fiale byłam przygotowana na drugie miejsce, ponieważ Asia i Rafał tańczyli wspaniale. Wygraliśmy my. Cudownie!

Okazało się, że widzowie lubią Anetę Zając.

Rzeczywiście, mam poczucie, że jestem lubiana. Spotykam się z miłymi reakcjami ludzi. Wyrazem tej sympatii były też głosy w „Tańcu z gwiazdami”. Tylko dzięki widzom zaszliśmy tak daleko. Dlaczego tak jest? Może moja rola w serialu „Pierwsza miłość” jest lubiana?

A może widzą w Pani kogoś sympatycznego?

Zawsze staram się być sobą. Nigdy nie udaję kogoś innego, nie zakładam masek.

W programie trafił się pani partner – doskonały tancerz i sympatyczny człowiek. A jaki z niego nauczyciel?

Stef należy do osób, z którymi dobrze się dogaduję. Trenerem jest wymagającym, ale ma inne sposoby niż krzyk na to, aby mobilizować. Jest fantastycznym człowiekiem i podczas prób bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

Ma już Pani pomysł, na co wyda sto tysięcy złotych wygranej?

Na razie wrzucę na lokatę, a potem pomyślę. Chcę wydać te pieniądze rozsądnie! Jedno jest pewne – nie roztrwonię ich!

Teraz może Pani poszczycić się idealną figurą. Intensywne treningi chyba pomogły?

Na pewno, ale nie wiem, ile schudłam. Nie mam w domu wagi, ale po ubraniach widzę, że ubyło mi kilka kilogramów. Muszę zmienić prawie całą garderobę, bo ubrania są zbyt luźne.

Uzależniła się Pani od ruchu?

Teraz nie wyobrażam sobie życia bez tańca. Te codzienne, kilkugodzinne treningi przez tyle miesięcy zmieniły moje życie i podejście do sportu. Nadal chcę tańczyć, ale już dla siebie…

Gra Pani jedną z głównych ról w serialu „Pierwsza miłość”, który kręcony jest we Wrocławiu. Jak udało się łączyć pracę na planie z treningami?

Wcześniej producenci trochę okroili moją rolę i wysłali moją bohaterkę za granicę. I to pomogło mi bardziej skoncentrować się na tańcu.

W serialu gra Pani od samego początku. To już 10 lat.

Tak, przez tyle lat niezmiennie. Gdy zaczynałam ten serial, nie miałam pojęcia, jak to się potoczy. Nie przypuszczałam, że będę w miejscu, w jakim jestem teraz. Pamiętam, jak drugi reżyser powiedział mi i Mateuszowi Janickiemu: „Zobaczycie, że już wkrótce wasze życie zmieni się zupełnie. Nie będziecie osobami anonimowymi”. Wtedy nie mieliśmy pojęcia, o czym on mówi.

Czy przez ten czas scenarzyści zaskoczyli Panią czymś?

Na przykład wtedy, kiedy Marysia straciła pamięć, trafiła do klubu go-go i tańczyła na rurze. To była zupełnie inna rola, niż na początku. Scenarzyści mają mnóstwo rewelacyjnych pomysłów. Dzięki temu widzowie lubią ten serial, są zaskakiwani. Przyznam się, że sama z wielkim zainteresowaniem czytam każdy scenariusz.

Praca w popularnym serialu to stały dochód, popularność. Są jakieś minusy?

Nie ma (śmiech). Przyzwyczaiłam się do popularności i uodporniłam się na to, co dzieje się dookoła mnie. Staram się nie zwracać na to nadmiernej uwagi.

Praca aktorki to nie tylko plan zdjęciowy, ale także sesje fotograficzne, bywanie na salonach, wywiady. Lubi Pani to wszystko?

Tak, ale przede wszystkim kocham swoją pracę za możliwość pracowania z wieloma fajnymi ludźmi. Tak też było w „Tańcu z gwiazdami”. Zaprzyjaźniłam się ze Stefano, ale także z Janją Lesar, Dawidem Kwiatkowskim, Krzysiem Hulbojem, także z wieloma osobami z produkcji. Jest kilka osób, z którymi chciałabym utrzymywać kontakt.

Jak Pani radzi sobie z obowiązkami domowymi? Gotuje, sprząta czy ma sztab ludzi do pomocy?

Sama robię wszystko. Jestem zwykłą kobietą, która aktorstwo traktuje jak pracę. A kiedy wracam do domu, jestem normalną matką, która musi się zająć wszystkim.

Tego nauczyła się Pani w rodzinnym domu?

Wzór wyniosłam stamtąd: troskę o dom, rodzinę, najbliższych.

Pomysł, aby pójść do szkoły aktorskiej był Pani, czy zachęcali do tego rodzice?

To była wyłącznie moja decyzja i mój wybór. Gdy kończyłam liceum i musiałam wybrać kierunek studiów, to pomyślałam, że nie widzę żadnego innego wyjścia niż szkoła teatralna. Rodzice od najmłodszych lat tak organizowali mi życie, że chodziłam na zajęcia artystyczne. Trafiłam do Teatru Ochoty do państwa Machulskich, którzy rozkochali mnie w teatrze.

Znajduje Pani teraz czas, aby odpocząć?

Na kilka dni wyjeżdżam nad morze.

Woli Pani podróżować z plecakiem w nieznane czy ceni komfort?

Lubię żyć chwilą, ale od kiedy zostałam mamą, nie mam takiej możliwości. Kiedyś, gdy wpadłam na jakiś pomysł, natychmiast go realizowałam. Były spontaniczne podróże, wyjazdy na żagle. Teraz muszę przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo dzieci.

Rozmawiała: Edyta Karczewska-Madej